Ułatwienia dostępu

Jasło - Jasielski Portal Informacyjny

Tworzenie stron internetowych Jasło

Wernisaż fotografii Bartłomieja Wilka
Featured

Między obrazem a odbiorcą: Bartłomiej Wilk o fotografii nieinscenizowanej

Czy podpis pod zdjęciem może odebrać mu prawdę? Gdzie kończy się dokumentacja, a zaczyna inscenizacja?

Gościem dzisiejszego wywiadu jest Bartłomiej Wilk – fotograf, dla którego aparat to narzędzie do chwytania rzeczywistości „na gorąco”, bez proszenia przechodniów o powtórzenie gestu.

Rozmawiamy o jego najnowszej wystawie, na której oszczędny język wizualny spotyka się z autorską warstwą.. Autor zdradza nam, dlaczego trudniej fotografuje się w mniejszych miastach, takich jak Jasło, i dlaczego w swojej pracy – czy to z aparatem, czy przy tworzeniu treści na beardedwolf.pl – zawsze stawia na uczciwość wobec chwili i szacunek do bohatera.


Tytuł wystawy sugeruje dużą swobodę interpretacji. Czy nie korciło Cię nigdy, by dopisać do tych zdjęć choćby krótką historię, czy może uważasz, że słowo mogłoby odebrać tym kadrom ich autentyczność?
Tak naprawdę chciałem pójść jeszcze dalej. Na początku planowałem całkowicie zrezygnować z podpisów, numerów i jakiegokolwiek katalogowania zdjęć. Zależało mi na tym, żeby widz miał kontakt wyłącznie z obrazem, bez żadnych punktów zaczepienia. Bez instrukcji obsługi, bez legendy, bez tłumaczenia, co autor miał na myśli. Trochę jak przy pierwszym spojrzeniu - albo zaskoczy, albo nic z tego nie będzie.
Podczas przygotowań okazało się jednak, że niektóre fotografie pokazują rzeczywistość w taki sposób, że miasta stają się zupełnie nie do poznania. Przestrzeń traci swoją oczywistość, przestaje być czytelna. I wtedy uznałem, że minimalna informacja jest potrzebna. Nie jako wyjaśnienie, ale jako umiejscowienie. Stąd na wystawie są tylko numery, a pod nimi lokalizacja i rok. Choć w jednym przypadku nawet pamięć mnie zawiodła i została już tylko nazwa miejsca.
To jest dla mnie kompromis. Traktuję te informacje bardziej jak punkt orientacyjny niż komentarz. Krótką kotwicę w czasie i przestrzeni, która nie zamyka obrazu w jednej interpretacji. Zdjęcie nadal pozostaje otwarte. Może pracować z pamięcią widza, jego doświadczeniem i skojarzeniami. Każdy wnosi do niego coś swojego - i to właśnie ten moment spotkania interesuje mnie najbardziej.
Słowo nie konkuruje z obrazem. Nie próbuje go tłumaczyć ani usprawiedliwiać. Jest obecne tylko na tyle, na ile musi, żeby nie zagłuszyć tego, co najważniejsze - spotkania między fotografią a odbiorcą.
Podobnie traktuję przygotowaną do wystawy warstwę audio. Ona również nie tłumaczy zdjęć ani nie próbuje ich interpretować. Jest raczej inną drogą odbioru. Dla jednych sposobem na wyciszenie, dla innych pretekstem, żeby zostać przy obrazie chwilę dłużej i zobaczyć go jeszcze raz, w innym rytmie. Można z niej skorzystać albo ją pominąć. Nic nie jest obowiązkowe.


Mówisz o fotografii bez inscenizacji. Czy zdarzały się momenty, w których idealny kadr był ,,o krok”, ale wymagałby drobnej prośby do przechodnia, a ty z tego zrezygnowałeś w imię wierności rzeczywistości?
Zdarzały się - i to wiele razy. Czasem ten kadr jest naprawdę o krok, o jeden ruch, o jedno spojrzenie. Wystarczyłoby poprosić, żeby ktoś się na chwilę nie ruszał, przesunął pół metra albo spojrzał w inną stronę. I dokładnie wtedy wiem, że tego nie zrobię.
Bo w tym momencie przestałaby to być fotografia, a zaczęłaby się inscenizacja. Nawet jeśli bardzo subtelna. A mnie interesuje to, co wydarza się samo, bez mojej ingerencji. To napięcie, że coś może się wydarzyć - albo nie. I że muszę się na to zgodzić.
Oczywiście, czasem oznacza to stratę „idealnego” kadru. Ale z doświadczenia wiem, że zdjęcia, które powstają bez prośby, bez poprawiania rzeczywistości, niosą w sobie więcej prawdy. Są mniej efektowne, ale bardziej uczciwe.
Zresztą, gdybym za każdym razem prosił ludzi, żeby zrobili coś „jeszcze raz, tylko lepiej”, to prędzej czy później musiałbym zacząć nosić ze sobą scenariusz. A tego bym już chyba nie uniósł - ani w plecaku, ani na sumieniu. Zresztą, takich scenarzystów to znamy i wiemy jak to wygląda.




W tekście o wystawie pojawia się wzmianka o świetle, które ,,za moment zmieni się nie do poznania”. Jak długo potrafisz czekać w jednym miejscu, aż to światło i człowiek spotkają się w idealnym punkcie?
Czasem bardzo krótko, a czasem zdecydowanie za długo, jak na zdrowy rozsądek. Bywa, że to są minuty - stoisz, patrzysz, czujesz, że coś się zaraz wydarzy i faktycznie wystarczy chwila. Ale są też takie sytuacje, kiedy potrafię stać w jednym miejscu kilkanaście, kilkadziesiąt minut, obserwując, jak światło powoli się przesuwa, mięknie albo znika zupełnie.
Cierpliwości raczej mi nie brakuje. Jeśli coś sobie założę, to choćby miało mi to zająć kilka lat, wiem, że w końcu to zrobię. Tak jest i w fotografii, i w innych rzeczach w życiu. To kwestia zaufania do procesu i zgody na czas.
Najtrudniejsze jest to, że nie da się tego zaplanować. Światło robi swoje, ludzie robią swoje, a ja mogę tylko zdecydować, czy mam cierpliwość, żeby zostać. Czasem czekam i nic się nie wydarza. Ktoś nie wejdzie w kadr, cień przesunie się za szybko, moment się rozpadnie. I trzeba to przyjąć bez żalu.
Ale zdarzają się też te rzadkie chwile, kiedy wszystko spotyka się dokładnie tam, gdzie trzeba. Światło, człowiek, gest. I wtedy wiem, że to czekanie miało sens.
Choć przyznam, że im dłużej stoję w jednym miejscu, tym częściej zaczynam wyglądać jak ktoś, kto po prostu zapomniał, po co tu przyszedł. I może właśnie dzięki temu nikt nie zwraca na mnie uwagi, a zdjęcie w końcu


Wystawa ma charakter przeglądowy. Według jakiego klucza dobierałeś prace, by zachować ten „oszczędny język wizualny”, o którym czytamy w zapowiedzi?
Ten oszczędny język wizualny polega przede wszystkim na rezygnacji z epatowania obrazami, po których od razu mówi się „łał”. To nie są zdjęcia momentów, które same z siebie robią boom, rzucają na kolana albo krzyczą o uwagę.
To fotografie, które na pierwszy rzut oka mogą wydawać się zwyczajne, ciche, wręcz niepozorne. Ale pod tą ciszą kryje się bardzo dużo relacji, napięć i znaczeń. To często są sytuacje, obok których sam kiedyś przeszedłbym obojętnie, gdybym się nie zatrzymał.
Ten oszczędny język dotyczy również sposobu odbioru. Zdjęcia najlepiej działają w ciszy, choć zdaję sobie sprawę, że cisza bywa trudna. Dlatego audio nie jest dekoracją, tylko propozycją zmiany perspektywy. Gdy obraz już się nasycił i potrzebuje innego impulsu.
A skupienie, mam wrażenie, jest dziś jedną z najtrudniejszych rzeczy. Ta wystawa jest trochę zaproszeniem do tego wysiłku.
Równolegle zacząłem też eksperymentować z obrazem w czasie. Teledysk, który powstał przy okazji wystawy, był dla mnie próbą sprawdzenia, czy ta sama wrażliwość zadziała również w ruchu, a nie tylko w jednym kadrze. To nie jest odejście od fotografii, raczej rozszerzenie pola patrzenia.




Street photography wymaga pewnego rodzaju „stania się przezroczystym”. Jak udaje Ci się zachować ten dystans i szacunek do bohatera, jednocześnie będąc tak blisko wydarzeń?
To jest połączenie postawy i narzędzi. Staram się nie ingerować i nie prowokować sytuacji. Jeśli czuję, że moja obecność zaczyna coś zmieniać, po prostu odpuszczam.
Pomaga w tym obiektyw 135 mm, który pozwala być blisko, ale z dystansem. Idealna relacja - widzisz dużo, ale nie wchodzisz bez zaproszenia. A jeśli kiedyś przyjdą lepsze czasy, to może pozwolę sobie na coś jeszcze bardziej dyskretnego. Pełna niewidzialność bywa kusząca.
Dokładnie tak samo traktuję każdy inny rodzaj fotografii. Podczas sesji nie narzucam gotowych póz ani schematów. Daję przestrzeń i czas. Czasem mogę delikatnie wskazać kierunek, ale nigdy nie ma „stań tak”, „stań bokiem”, „zrób to”. To ma być proces, a nie odtwarzanie instrukcji.
Właśnie z tego procesu wychodzą zdjęcia, które naprawdę mówią. Nie dlatego, że są idealnie ustawione, ale dlatego, że wydarzyły się w swoim tempie i na własnych zasadach.
A poza tym - z doświadczenia wiem, że najlepsze rzeczy i tak dzieją się wtedy, kiedy nikt nikomu nie mówi, co dokładnie ma robić.


Czy spacerując po Jaśle z aparatem, dostrzegasz w tym mieście ten sam potencjał do „krótkich spotkań spojrzeń”, co w dużych metropoliach, czy mniejsze miasto wymaga od fotografa innej wrażliwości?
Wymaga innej wrażliwości - i większej odwagi. W dużych miastach, takich jak Kraków, Warszawa czy Berlin, łatwiej zniknąć. Jesteś jednym z wielu, aparat nikogo nie dziwi. Jest dużo bodźców, dużo ludzi i dużo szumu.
W mniejszym mieście, takim jak Jasło, wszystko jest bardziej osobiste. Idąc wieczorem z aparatem, bardzo łatwo stać się tym „dziwakiem z aparatem”. Bo pojawia się pytanie: co tu w ogóle fotografować?
A właśnie, że jest co. Tylko trzeba patrzeć wolniej i uważniej. W mniejszych miastach każde wyjście z aparatem jest bardziej widoczne, ale też bardziej uczciwe. Krótkie spotkania spojrzeń bywają tu intensywniejsze niż w metropolii, bo nic nie odciąga od nich uwagi.
To podejście jest bardzo bliskie temu, co robię na co dzień w fotografii i w pisaniu na beardedwolf.pl. Traktuję miasto jak rozmówcę, nie temat.

Dziękuję za rozmowę

Portal miastojaslo.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść zamieszczanych komentarzy. Zastrzegamy sobie prawo do usuwania i redagowania komentarzy, które są niezwiązane z tematem, zawierają wulgaryzmy, reklamy czy też treści obrażające inne osoby. Użytkowniku ponosisz odpowiedzialność za treść swoich komentarzy zgodnie z Polskim Prawem oraz normami obyczajowymi.

50000 Pozostało znaków